Cesarz Lewis

Autor: | 12 kwietnia 2015

Nazwisko Hamiltona powiedziane przez stereotypowego Chińczyka w stereotypowym filmie akcji brzmi jak zachęta do bijatyki. Czemu więc Nico nie chce się bić?

n

To znaczy, oczywiście, że Nico chce się bić, ale nie może. Jest bezradny. Wciąż jest blisko i stara się być bliżej. Nie jest mu to jednak dane. Rozumiem jego frustrację, jest aż za bardzo widoczna. Po wyścigu Vettel, jak zwykle w doskonałym nastroju, próbował poprawić mu humor. Trudno jednak choć na moment się uśmiechnąć, kiedy po raz kolejny z rzędu pojechało się wyścig pod tytułem „Nigdy nie będę mistrzem świata”. Rosberg jest dobry, ale sukcesów ojca raczej nie doścignie.

n

Klarowny układ sił

n

Przez pierwszą połowę, ten wyścig nie był zbyt łatwy dla Mercedesa. Oczywiście w Scuderii chcieliby mieć takie problemy, jak oni. Podczas gdy Vettel wyciskał z samochodu, ile się dało, w boksach „Srebrnych” zastanawiano się, co będzie bardziej słuszne – oszczędność opon czy podkręcenie tempa.

n

Po pierwszych pit stopach można było zauważyć agresywną taktykę liderów. Tylko pierwsza czwórka zmieniła miękkie na miękkie, a taki dobór ogumienia został wymuszony przez Sebastiana Vettela. To on jako pierwszy wyjechał z boksów na świeżym komplecie Pirelli z żółtym paseczkiem i narzucił głównym rywalom taką właśnie strategię.

n

Mercedesy długo nie potrafiły uciec od „Czerwonych” i Nico Rosberg naprawdę mógł czuć się zagrożony. Każdy jego wyjazd z pit lane przyprawiał o dreszcze kibiców, bo na horyzoncie widać już było samochód z numerem #5. Vettel zbliżył się do swojego rodaka, ale nie był w stanie znaleźć się przed nim. Stint na twardszym ogumieniu pokazał, że Ferrari w tej walce miało bardzo małe szanse.

n

Tymczasem Williams znów może walczyć tylko sam ze sobą. Aż strach pomyśleć, jak wielka byłaby dziura pomiędzy dwoma czołowymi zespołami, a resztą świata, gdyby nie uzupełniali jej Bottas z Massą. Zupełnie jakby piąte i szóste miejsce było dla nich zarezerwowane.

n

Małymi kroczkami do przodu

n

Po pierwszych okrążeniach pozycje punktowane zajmowali reprezentanci tylko pięciu teamów i wspomnianej czołówki nie uzupełniał Red Bull i STR, a Lotus z Sauberem. Grosjean pokazał się dziś z dobrej strony, jego jazda była płynna i bezproblemowa, czego nie można powiedzieć o Maldonado. Wprawdzie Pastor po pit stopie znalazł się przed team-partnerem, ale później jego wyścig zamienił się w katastrofę, której puentą była kolizja z Buttonem.

n

Rewelacyjną rundę zaliczył moim zdaniem Marcus Ericsson, który zgodnie z obietnicami wyciąga lekcje z każdego błędu i w Chinach zaskoczył rozważną walką, w której nie oddawał pozycji łatwo, ale też wiedział kiedy odpuścić. Niebo, a ziemia w porównaniu do manewrów z Malezji, więc Szwedowi należą się duże brawa za postępy.

n

No i oczywiście Max Verstappen, facet chłopiec, który zrobił na mnie największe wrażenie podczas niedzielnego Grand Prix. Wystarczyło bowiem porównać, jak w zakręcie nr 14 wyprzedzał on i Daniel Ricciardo. W pierwszym ataku na Ericssona, Holender ździebko przesadził i zostawił za mało miejsca, ale biorąc pod uwagę jak daleko od rywala był na prostej, samo podjęcie decyzji o przeprowadzeniu manewru było godne podziwu. Kolejne wyprzedzenia były już tylko lepsze – czysta rywalizacja i miękkie wejścia w zakręty.

n

Co jest więc nie tak z bolidem Red Bull Racing, że takiej jazdy nie był w stanie prezentować Ricciardo? Forma czterokrotnych mistrzów świata zdaje się słabnąć z wyścigu na wyścig, a awarie, jakie serwuje im Renault sprawiają, że nawet walka z Lotusem i Sauberem w tym sezonie będzie dla Byków wymagająca.

n

Na mecie zjawiły się oba bolidy McLarena, które z resztą przypominały o sobie co chwilę, bo Alonso i Button, o dziwo, cały czas byli wplątani w jakąś bezpośrednią walkę. Nie można tego powiedzieć o Marussi. O ile nic nadzwyczajnego nie umknęło mojej uwadze, ich bolid był widoczny na ekranach telewizorów tylko przez moment, gdzieś hen daleko.

n

Na innych arenach

n

Sporo się dzieje w ten weekend i fani wyścigów nie mają prawa się nudzić. Ręce zacierają przede wszystkim wielbiciele samochodów GT, startuje seria WEC, a jakby komuś było mało, na Monzie ścigają się w Blancpain Endurance Series. Skupiając się jednak na tych bardziej prestiżowych zawodach – kwalifikacje wygrało Porsche, ale Audi i Toyota były blisko. Wyścigi długodystansowe rządzą się swoimi prawami i dla smakoszy będzie ciekawie, tak czy siak. Ten sezon powinien być ekscytujący dla szerokiego grona widzów. Zdaje się, że stawka klasy LMP mocno się zrównała.

n

Marc Marquez pokazał, że to on, a nie ktoś inny, broni w tym roku tytułu motocyklowego mistrza świata. Efektowne akrobacje i bieg sprinterski do boksów były ozdobą kwalifikacji i jeśli Hiszpan uniknie błędów, powinien walczyć o zwycięstwo, a kto wie, może nawet zdominować wyścig.

n

IndyCar zawitało na nowy obiekt. Tor NOLA jest zaskakująco dobrze przygotowanym i przemyślanym torem. Nie ma wybojów, a pętla pełna jest miękkich łuków. Zupełnie, jak nie w Ameryce. Zapowiada to więc całkiem normalny, mało chaotyczny wyścig, w którym kluczowa będzie taktyka i równe tempo.

n

Cesarz Lewis

n

Prawie w ogóle nie wspomniałem o Brytyjczyku, choć to przecież on jest w tytule tego tekstu, on wygrał dzisiejszy wyścig Formuły 1 i to on jest aktualnym mistrzem świata, jak i liderem klasyfikacji generalnej. I tak właściwie co więcej o nim napisać? Hamilton jedzie po swoje i nic nie zapowiada, aby ktokolwiek lub cokolwiek miał go powstrzymać. Choć oczywiście nikt by się nie obraził, gdyby w Bahrajnie doszło do powtórki z zeszłego roku, kiedy oglądaliśmy spektakularną wymianę zdań w Mercedesie. Mowa oczywiście o wymianie zdań na torze, a nie takiej prawdziwej, którą zupełnie niepotrzebnie zainicjował dziś Rosberg. Mimo to, trzymam kciuki za Nico, dla dobra widowiska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *