Fot. Mercedes-AMG Petronas Motorsport / Facebook


Czy już jest po wszystkim? Luźne spojrzenie na sytuację w mistrzostwach

Autor: | 9 października 2017

Rozstrzygnięcia, które przyniósł wyścig o Grand Prix Japonii postawiły Lewisa Hamiltona w bardzo uprzywilejowanej sytuacji przed ostatnimi czterema rundami sezonu 2017. Sezonu, którym do pewnego momentu zachwycaliśmy się, wychwalając zmiany w regulaminie i zaciętą rywalizację. I co, już koniec? Już po zabawie? Przyjrzyjmy się więc temu wszystkiemu.

W tabeli sprawa wygląda dość jasno i raczej tylko odważni lub najwierniejsi fani postawiliby teraz pieniądze na mistrzostwo Ferrari czy Sebastiana Vettela. Lewis Hamilton ma 59 punktów przewagi, Mercedes 145. I o ile faworytem klasyfikacji konstruktorów od pewnego czasu wydawały się być Srebrne Strzały, tak na samym szczycie wśród kierowców było bardzo ciasno. Było. Patrząc na drugą połowę sezonu, licząc od batów na Monzie, włoscy dziennikarze, którzy potrafią wypowiedzieć się ostrzej o swojej ukochanej ekipie, w ramach podsumowania raczej chętnie przywołaliby słynną okładkę jednej z polskich gazet, która pojawiła się po meczu Polska – Ekwador na MŚ 2006.

Wilt udzielający rady Sebowi

Dość racjonalnym stwierdzeniem jest to, że tylko kataklizm odbierze Lewisowi Hamiltonowi czwarty tytuł mistrzowski. Nie będę wchodzić w matematykę, ale każdy dobrze wie, że Vettel musi stać się na chwilę Wiltem Chamberlainem i również zdobyć sto punktów. Jak ma się to stać? Ferrari musi zrobić to, co po wakacjach prawie perfekcyjnie wykorzystał Mercedes. Wyciągnąć maksa (nie mylić z Maxem V., chociaż może się przydać, bo tempo Red Bulla jest ostatnio rewelacyjne) z każdego, nawet najmniejszego zachwiania równowagi kapryśnego W08 i zwyżki formy Red Bulla. Mały haczyk, trzeba uważać, by Byki nie rozjechały czerwonej płachty. Mercedes zrobił co trzeba, przez co teraz rozmawiamy o przewadze. Czerpał garściami z momentów, gdy Ferrari złapało zadyszkę lub dławiło się własną kanapką. Ulgę poczuły stoły, nad którymi znęcać miała się ciężka pięść Toto Wolffa.

Cuda i niesamowite powroty w sporcie się zdarzały i zdarzają. Fani NBA na pewno wiedzą, skąd wzięło się słynne The Warriors blew a 3-1 lead. Fani piłki ręcznej pewnie wspominają mecz Polska – Szwecja z 2012 roku. Wracając za kierownicę, nawet sam Seb może się pochwalić odrobieniem pokaźnej ilości punktów w 2010 i 2012 roku. Takie wspomnienia mogą motywować jego, bo ze Scuderią może być mały problem – oni wtedy byli po stronie roztrwaniającej przewagę. Chociaż nie było to 59 punktów w ciągu czterech rund. Teraz mało kto wierzy, że da się cokolwiek zrobić. Niestety, w tej sytuacji same zwycięstwa nie wystarczą i trzeba liczyć na to, że rywal gdzieś pogubi punkty i nie dokończy sezonu wzorem Rosberga sprzed roku.

Po wyścigu na Suzuce Vettel zapewniał, że trzyma stronę swojego zespołu i przypominał o tym, jak wielki postęp zrobili. Ja byłbym daleki od przywoływania wyżej wymienionej okładki i raczej zgodziłbym się z nim. To nie jest podsumowanie sezonu, ale równie daleki byłbym od pastwienia się nad Scuderią za najprawdopodobniej przegrany wyścig zbrojeń. Przed sezonem, w zasadzie przed testami mówiono, że Ferrari to raczej nie, z czym do ludzi, jak już to Red Bull i tak dalej. A tu nagle wielkie zaskoczenie. Pozostaje liczyć, że obie te ekipy przez zimę nie obrosną tłuszczykiem i w marcu będą w stanie dotrzymać tempa Mercedesowi.

Sezon 2017, dość hucznie zapowiadany, jest i tak świetny. I choćby cztery razy zabrakło na starcie Ferrari i Red Bulli, to i tak zdania nie zmienię, bo przez wiele weekendów „jarałem się” Formułą 1 bardziej, niż przez ostatnie lata. Niezależnie od sympatii, po prostu cieszmy się ostatnimi wyścigami sezonu i liczmy na kawał porządnego ścigania. Pod względem osiągów i tempa w niedzielę, trzy najlepsze ekipy są naprawdę blisko siebie i jeśli zdarzy się tak, że sześć aut będzie zdrowych, możemy dostać kapitalne widowiska. A jeśli okaże się, że tytuły jednak nie są jeszcze rozdane, to będzie tylko lepiej. Jasne jest, że przyjemniej oglądać walkę o punkty, gdy na szali jest tytuł, a nie tylko pojedynczy wyścig. Odpowiadając na pytanie z początku – to nie jest koniec zabawy, ale sam szczyt kibicowskich marzeń też nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *