Ekstremalne temperatury, mdlejący Mansell i ruszająca się ściana – Grand Prix Dallas 1984

Autor: | 17 października 2017

Zanim Formuła 1 powróci do Ameryki, by rozegrać kolejną rundę tegorocznych mistrzostw, cofniemy się do czasów, gdy USA miało w kalendarzu F1 więcej, niż jeden wyścig. Oto historia Grand Prix Dallas z sezonu 1984.

Na przełomie lat 70. i 80. Formuła 1 wpadła wręcz w szał organizowania wyścigów na ulicach Stanów Zjednoczonych. Szczytem tworzenia torów „na dziko” był ten na parkingu w Las Vegas, ale nawet tamta katastrofa nie zniechęciła włodarzy do poszukiwania nowych miejsc, w których można by zrobić drugie Long Beach. W 1984 roku padło na Dallas, które miało dołączyć do Detroit w kalendarzu mistrzostw.

Chybionym pomysłem było zorganizowanie wyścigu w lipcu. Teksas do chłodnych miejsc nie należy i nie bez powodu tamten weekend należał do jednych z najgorętszych w historii. Temperatury powietrza przekraczały 40 stopni Celsjusza w cieniu, a nawierzchnia… firma Goodyear odnotowała aż 66 stopni! To sprawiło, że rozegranie zawodów stanęło pod wielkim znakiem zapytania. Asfalt stał się miękki i po sobotnim wyścigu serii towarzyszącej, Can-Am, uległ zniszczeniom.

Organizatorzy musieli działać, aby następnego dnia tłum 90 tysięcy kibiców mógł obejrzeć najszybsze samochody świata w akcji. Prace nad poprawą nawierzchni trwały całą noc, a sam wyścig został przeniesiony z godziny 14:00 na 11:00. Poranna rozgrzewka również miała odbyć się wcześniej, dla Jacquesa Laffite – za wcześnie. Francuz zjawił się na nią w piżamie. Sesja została jednak odwołana, bo tor oddano do użytku dopiero na 30 minut przed startem wyścigu. Wyścigu, który przeszedł do historii.

Po wywalczeniu pierwszego w karierze pole position, Nigel Mansell prowadził przez połowę dystansu. W tym samym czasie popis dawał Keke Rosberg, który po starcie z ósmego pola, odrabiał pozycję za pozycją i już na 18. okrążeniu znalazł się za plecami lidera. W końcu Brytyjczyk popełnił błąd i oddał pierwszą lokatę, by chwilę później stracić kolejne kilka miejsc z powodu zużycia opon. Mansell zjechał do boksów.

Za ich plecami jednak kierowcy padali jak muchy. Tamtego wyścigu nie ukończyło 18 zawodników, z czego aż 14 z powodu uderzenia w barierę. Na liście pechowców znaleźli się między innymi Nelson Piquet, Alain Prost, Niki Lauda i Ayrton Senna… choć ten ostatni odpadł w niecodziennych okolicznościach.

Jeżdżący wtedy w Tolemanie Brazylijczyk, dla którego był to debiutancki sezon w Formule 1, uszkodził samochód na 47. kółku. Senna wrócił do boksów i zeznał, że to ściana uderzyła w niego, a nie on w ścianę. Pracujący wtedy w Tolemanie Pat Symonds opowiadał o tym zdarzeniu:

– Był bardzo zdeterminowany, aby przyznać mu rację. Uznał, że to była wina ściany i nie przyjmował innej wersji. Myślałem, że gada bzdury, bo się przegrzał oraz jest zdenerwowany po odpadnięciu z wyścigu. Uparł się, abyśmy poszli to sprawdzić, więc udaliśmy się w tamto miejsce i… ściana była przesunięta. Inny zawodnik uderzył w nią tak mocno, że zmieniła położenie o kilka milimetrów, a przy precyzji, z jaką jeździł Ayrton to wystarczyło, aby uszkodzić bolid. A nie zapominajmy, że to był jego pierwszy sezon w F1.

Gdy kolejni kierowcy nie byli w stanie pojechać bezbłędnie w tych ekstremalnych warunkach i kończyli rywalizację w barierach, Keke Rosberg mknął do mety po zwycięstwo. Można powiedzieć, że Fin jako jedyny zachował tamtego dnia zimną głowę… głównie dlatego, że jako jedyny miał pod kaskiem specjalny berecik chłodzony wodą. W NASCAR ten wynalazek był znany każdemu kierowcy, ale najwyraźniej w Formule 1 nikt wcześniej o nim nie słyszał.

Innym bohaterem tamtego dnia był Rene Arnoux. Reprezentant czerwonych barw Ferrari jako jedyny nie dał się zdublować i zajął drugie miejsce, choć startował z samego końca. W kwalifikacjach był czwarty, ale jego silnik nie zapalił przed okrążeniem formującym i stracił dobrą pozycję startową. Francuz nie był zadowolony z takiego obrotu spraw i, według dziennikarza Alana Henry, pojechał wyścig swojego życia „kręcąc każde kółko jakby walczył o pole position”.

Najbardziej rozpoznawalnym obrazkiem tamtego Grand Prix jest jednak heroiczny bój o punkty Nigela Mansella, którego Lotus zgasł i zatrzymał się, gdy Brytyjczyk już widział metę ze swojego kokpitu. Zdeterminowany Mansell wysiadł i zaczął pchać czarno-złoty bolid w kierunku flagi w szachownicę, jednak zanim dotarł do celu, padł z przemęczenia. Nawet bez tego został sklasyfikowany na punktowanym, szóstym miejscu, choć dla niego większą nagrodą pocieszenia było zapewne to, że odzyskał przytomność w łóżku pełnym lodu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *