Fernando Alonso w Indy 500 – jedna decyzja, setki pytań

Autor: | 12 kwietnia 2017

Świat sportów motorowych nie mógł przejść obojętnie obok informacji o starcie Fernando Alonso w 101. edycji legendarnego wyścigu na Indianapolis Motor Speedway. Kto by się spodziewał, że ten gościnny występ Hiszpana da nam powody do poruszenia tak wielu tematów.

I na usta w tym momencie ciśnie się „Ale po kolei…”, jednak nie łatwo odpowiedzieć sobie na pytanie „Od czego zacząć?”. Na początek może więc garść suchych faktów – dwukrotny mistrz świata Formuły 1, Fernando Alonso, zadebiutuje w serii IndyCar, kiedy 28 maja po raz pierwszy w karierze weźmie udział w wyścigu na torze owalnym. Hiszpan wystartuje z numerem #29 w zespole będącym połączeniem Andretti Autosport i McLarena. W związku z tym kierowcy zabraknie na starcie tegorocznego Grand Prix Monako.

Skąd ta decyzja?

Dla wielu oczywistym jest, że głównym powodem, dla którego Alonso zgodził się na tak pokręcony pomysł jest kiepska forma jego zespołu w Formule 1. Start w Monako przyniósłby nic więcej, jak rozczarowanie, więc Nando zrobi coś, o czym mówił już jakiś czas temu – zasmakuje rywalizacji w IndyCar.

Taka okazja jest dzisiaj niezwykle rzadka. Jak doskonale wiemy zespoły Formuły 1 nie lubią, gdy ich reprezentanci startują w innych seriach, a co dopiero w innych barwach. Blokowane są gościnne starty w rajdach, czy nawet Le Mans, a więc co dopiero myśleć o przenosinach do, co by nie było, konkurencyjnej serii samochodów jednomiejscowych. Kiedyś nie było to dziwne, ale w XXI wieku takie sytuacje się nie zdarzają – jedynym wartym odnotowania przykładem jest Juan Pablo Montoya, który jazdą w amerykańskiej serii CART wywalczył sobie miejsce w mistrzostwach świata.

McLaren napisał jednak kawałek historii wyścigu Indianapolis 500. Ekipa od paru lat stara się zaklinać słabe wyniki powrotami do korzeni – współpraca z Hondą, pomarańczowe barwy, zmiana nazwy bolidu. Powrót na „Brickyard”, jak potocznie mówi się na tor w Indiana, jest kolejnym elementem tej kampanii reklamowej. Zespół wygrywał tam w 1974 i 1976 roku.

Honda, Honda, Honda, Honda

Hodor, Hodor, Hodor, Hodor. Myślicie, że mi odbiło, ale co dopiero musieli pomyśleć sobie przypadkowi widzowie stacji NBCSN, kiedy natknęli się na transmisję z niedzielnego Grand Prix of Long Beach. Po fatalnym starcie Helio Castronevesa, klasyfikacja wyścigu prezentowała się zadziwiająco i jeden z komentatorów nie mógł się powstrzymać: „Zobaczcie pięć pierwszych pozycji: Honda, Honda, Honda, Honda, Honda.” W połączeniu z jego amerykańskim akcentem brzmiało to jakby puszczono przed mikrofon jąkającego się Bułgara, który dopiero co wyszedł od dentysty.

Tutaj zaczynamy rozumieć dlaczego Hondzie tak bardzo zależy na tym występie. W Formule 1 są pośmiewiskiem i to efektownym. Chcąc naprawić dobre imię, zwracają naszą uwagę ku IndyCar, gdzie wyniki wyglądają znacznie lepiej. Prawdę mówiąc, należą im się ogromne brawa, że wpadli na tak genialny pomysł.

Obiecujący początek sezonu i specyficzne reguły panujące w amerykańskiej serii, szczególnie na owalach, sprawiają, że Alonso naprawdę może namieszać. Jak sam mówi, nie będzie brał udziału po to, by przyglądać się innym.

– Nigdy nie ścigałem się na torze typu super-speedway, ani nie prowadziłem nigdy bolidu IndyCar, ale jestem przekonany, że wszystkiego szybko się nauczę. Wiele razy oglądałem te wyścigi i wiem, że potrzebna jest wielka precyzja, by ścigać się z innymi wozami przy takich prędkościach. Zaraz po Grand Prix Hiszpanii ruszam więc na testy i chcę na nich przejechać jak najwięcej mil. Wiem, na co stać zespół Andretti i chcę wykorzystać ich doświadczenie.

Nando czuje się młodo. Nie ukrywa, że chciałby zdobyć „Triple Crown”, a więc poza Grand Prix Monako, wygrać również Indy 500 oraz Le Mans. Hiszpan obiecuje, że pewnego dnia wystartuje również w 24-godzinnym klasyku.

Reakcje w świecie IndyCar

Jak można było się spodziewać, zarówno władze, jak i kierowcy oraz przede wszystkim fani amerykańskiego cyklu pozytywnie zareagowali na informację o udziale Alonso. Nie ma co ukrywać, że IndyCar zyska na tym znacznie więcej, niż Formuła 1. Start dwukrotnego mistrza świata przyciągnie wielu nowych widzów, a przy dobrym wyniku Hiszpana może przyciągnąć… wielu nowych kierowców.

W latach 80. i 90. było całkiem normalnym, że kierowcy F1 przenosili się do USA i vice versa. Najlepszym przykładem był Nigel Mansell, który po zdobyciu mistrzostwa świata w 1992, zrezygnował z obrony tytułu, by walczyć o triumfy w CART. Jak wiemy, blisko takiego transferu był nawet sam Ayrton Senna. Miło, że po wielu latach znalazła się kolejna wielka postać w świecie Formuły 1, która zdecydowała się na taki krok.

A co na to kibice? Z moich obserwacji wynika, że fani IndyCar podczas różnych transmisji, jakie są stremowane na oficjalnym kanale YouTube częściej dyskutują o Formule 1, niż o Indy. Wiadomość tygodnia wywołała lawinę komentarzy, w którym przeważającą część stanowią żarty o tym, że obok nazwiska Nando na liście startowej pojawi się literka „R”, oznaczająca „Rookie”.

Powrót Buttona?

Jenson Button jest faworytem kibiców w kwestii zastąpienia Alonso w Monte Carlo, ale McLaren zapewnia, że decyzja nie została podjęta i nie jest taka oczywista. Pożyjemy, zobaczymy, ale ja i zapewne wielu z Was trzyma kciuki za powrót Brytyjczyka za kierownicę.

Tymczasem zastanawiam się, czy Mark Webber mówiąc, że Fernando może zmienić zespół w trakcie sezonu, nie miał na myśli właśnie tego, co wydarzy się pod koniec maja. Obaj kierowcy mają ze sobą niezłe kontakty, więc może Australijczyk zasłyszał coś wcześniej i wykorzystał to w interesującej wypowiedzi.

Tak naprawdę pytań, które nasuwają mi się na myśl jest całe mnóstwo. Większych i mniejszych, normalniejszych i głupszych. Chyba lepiej po prostu o tym nie myśleć i ekscytować się tym, co się dzieje, czekając na rozwój sytuacji. Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo się cieszę. Tegoroczne święto motosportu, przypadające na 28 maja, zapowiada się magicznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *