Fot. Williams Racing


Robert Kubica – droga z raju do piekła i wielki powrót na piedestał

Autor: | 23 listopada 2018

Po ponad ośmiu latach przymusowej przerwy, Robert Kubica wraca do Formuły 1. Była to prawdopodobnie najcięższa droga w jego życiu, lecz zakończona podpisaniem kontraktu z Williamsem, czyli pełnym sukcesem. 

W momencie, kiedy Polak dołączał do Formuły 1, było widać, że dysponuje bardzo dużymi możliwościami. Pod koniec 2005 roku w nagrodę za wygranie World Series by Renault, zaliczył testy z mistrzowskim francuskim teamem. Jednak to BMW-Sauber zaangażowało go na sezon 2006, w roli kierowcy testowego. Drugim zawodnikiem ekipy o takim statusie był Sebastian Vettel i obaj jeździli w piątkowych treningach oraz testach.

Ten stan nie potrwał długo, bo już podczas Grand Prix Węgier zastąpił Jacquesa Villeneuve’a i pokazał się ze świetnej strony finiszując na siódmym miejscu. Ogrywając po drodze między innymi Felipe Massę. Jednak gaśnica w jego aucie uległa uszkodzeniu i zrobiła się pusta. Dlatego Polaka zdyskwalifikowano za zbyt lekki bolid. Potem była Monza i sensacyjna trzecia lokata na mecie.

Sezon 2007 był słabszy. Hydraulika w jego bolidzie nie działała poprawnie i co rusz musiał kończyć zmagania po awariach skrzyni biegów. Usterki prawdopodobnie zabrały mu w tamtym roku pierwszy triumf, bowiem jednostka napędowa odmówiła posłuszeństwa, kiedy prowadził w Grand Prix Chin. Po drodze była też pamiętna, potężna kraksa w Kanadzie i absencja w USA, z uwagi na decyzję lekarzy.

Fot. BMW-Sauber

Lepszy okres miał dopiero nadejść, co prawda na inaugurację sezonu w Australii, Kazuki Nakajima uderzył w niego i pozbawił go podium. Jednak potem było już bardzo dobrze. Drugie miejsce w Malezji, Pole Position w Bahrajnie i wyścig zakończony na trzecim stopniu podium. Następnie było słynne deszczowe Monte Carlo i wygrana rywalizacja z Massą o drugie miejsce, a po tym wielki triumf w Montrealu, w rok po fatalnie wyglądającym wypadku.

Jednak Kanada była przy okazji gwoździem do trumny, jeśli chodzi o walkę o mistrzostwo. Pierwszy w historii ekipy triumf był celem nadrzędnym i wtedy zaprzestano rozwijania bolidu. Do końca roku były już tylko dwa trzecie miejsca w Walencji i na Monzy oraz druga lokata na Fuji. BMW zaprzepaściło wielką szansę duży wynik i Kubica skończył sezon na czwartej pozycji.

Potencjalnie zespół skupił się na konstrukcji bolidu na 2009 rok, ale niewiele to dało, bowiem samochód był fatalny. Wchodził wtedy system KERS i podwójny dyfuzor. Ekipa nie potrafiła wyważyć samochodu, więc zarówno RK, jak i Nick Heidfeld mieli kłopoty. Polak jeszcze dobrze pojechał w Australii, gdzie miał świetne tempo w drugiej części wyścigu i gonił liderujących Jensona Buttona i Sebastiana Vettela. Jednak, gdy wyprzedzał Niemca, ten spanikował i uderzył w auto Roberta. Nasz zawodnik miał uszkodzone przednie skrzydło, które po kilku zakrętach wpadło mu pod koła i zakończył wyścig po uderzeniu w bandę.

Potem było bardzo słabo. Pierwsze punkty zdobył dopiero w Turcji, a w całym roku jedynie raz stanął na podium. Było to na Interlagos, gdzie jechał bardzo dobrze i zajął drugie miejsce. Wcześniej BMW ogłosiło wycofanie się z Formuły 1, więc Polak musiał szukać nowego miejsca dla siebie. Miał kilka opcji, w tym Williamsa i Toyotę, ale finalnie dołączył do Renault, gdzie było wolne miejsce po odejściu Fernando Alonso do Ferrari.

R30 nie było świetnym autem, ale dziś Robert zapewnia, że czerpał z jazdy nim największą przyjemność. Było to odczuwalne w wynikach. Były podia w Australii, Monte Carlo oraz Belgii. Poza tym Kubica niemal zawsze znajdował się w punktach i zaliczył naprawdę dobry sezon.

Fot. Renault Sport

Teraz przejdźmy do nieco mroczniejszego etapu w życiu naszego kierowcy. Jeszcze na początku lutego osiągnął najlepszy czas na testach przedsezonowych na Ricardo Tormo w Walencji. Szóstego lutego nadszedł jednak czarny dzień. Startując w Ronde di Andora z Kubą Gerberem, podbiło go na nierówności i zahaczył o barierę. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie wykręcone śruby z tego elementy, przez co po zetknięciu, odwinęła się i wbiła na wylot w samochód. Polak doznał rozległych złamań ręki, nogi, uszkodził dłoń i staw łokciowy, a także płuca.

Czekał bardzo długo na pomoc i stracił dużo krwi. Przez to najpierw lekarze musieli zająć się ratowaniem jego życia. Potem starali się jak najbardziej zredukować efekty wypadku. Jak wiemy, do dziś ręka nie jest do końca sprawna. Nie ma się jednak co dziwić, bowiem w dłoni wszystkie nerwy były pozrywane i była ona właściwie poza ręką. Polak jednak bardzo ciężko pracował i rehabilitował się, czego efekty mogliśmy oglądać w kolejnych latach.

Przerwało to jego karierę w F1. Wiemy, że bolid Lotus-Renault był bardzo mocny i na początku sezonu można było nim wygrywać wyścigi. Po latach Kubica też potwierdził, iż miał kontrakt z Ferrari na sezon 2012, ale te plany upadły.

Oficjalnie powrócił do startów we wrześniu 2012 roku, kiedy wystąpił w kilku lokalnych włoskich rajdach. Oczywiście je wygrał. Później było też Rallye du Var i wypadek, w wyniku którego spłonął Citroen C4 WRC. Był to historyczny egzemplarz używany przez Sebastiena Loeba. Na początku 2013 roku Polak ogłosił, że będzie startował z Maciejem Baranem w Rajdowych Mistrzostwach Europy i cyklu WRC-2 razem z Citroen Racing i przy wsparciu Lotosu. ERC było treningiem, a prawdziwy gaz pokazał w mistrzostwach świata. Tam zaliczył siedem startów: raz był szósty, raz drugi i pięciokrotnie triumfował. To rekord zwycięstw w WRC-2, który w tym roku wyrównał Jan Kopecky. Po zdobyciu tytułu, rozstał się z pilotem, ale miał przed sobą jeszcze jeden start. Wspólnie z Michele Ferrarą wystartował w Rajdzie Walii, gdzie dysponował Citroenem DS3 WRC. Niestety niezgrane notatki i małe doświadczenie sprawiły, że dachował i nie ukończył rywalizacji.

Przed 2014 mógł przejść do Citroena w WRC, ale nie miał wtedy pilota, więc się na to nie zdecydował. Związał się z M-Sportem, a jego partnerem został Maciej Szczepaniak. To z nim w wielkim stylu wygrał Janner. Potem w Monte Carlo po dwóch oesach prowadził w rajdzie pokazując niesamowite tempo. Miał przed sobą dużo nauki i wpadek, ale mimo wszystko takie wyniki jak szóste miejsce w Argentynie, zadziwiały cały świat. Miał jednak pretensje do zespołu, że jego auto jest mocno surowe. W kolejnym jeździł już w 100% prywatnie ze swoim teamem, również używając Fiesty WRC.

Pokazał, że nauczył się naprawdę sporo. Na każdej nawierzchni wygrał oesy, pokazywał świetne tempo, ale znów samochód nie spełniał wymagań. Na Korsyce czy w Katalonii spadające koła z obręczy pozbawiały go podiów. W następnym roku pojechał tylko Monte Carlo, gdzie wypadł z trasy na lodzie. Potem stwierdził, że skoro nie ma dla niego miejsca w fabrycznej ekipie, to nie chce się już z tym męczyć i zakończył przygodę z mistrzostwami.

Fot. Red Bull Content Pool

Zaczął ćwiczyć i jeździć na rowerze, by przygotować się fizycznie do powrotu na tory wyścigowe. Wystartował w długodystansowym wyścigu na Mugello, potem pojechał we włoskim rajdzie za kierownicą Renault Clio S1600. Następnie był występ w Renault Sport Trophy oraz testy WEC w Bahrajnie z ekipą ByKolles. Poszło na tyle dobrze, że miał zostać zakontraktowany, ale zrezygnował z tego, bowiem ekipa miała sporo problemów. Zaraz dowiedzieliśmy się, jaki był drugi powód.

W kwietniu testował bolid GP3, a w maju Formuły E. 6 czerwca przyszedł czas na najważniejsze. Na torze w Walencji jeździł Lotusem z sezonu 2012 z ekipą Renault. Potem powtórzono jazdy na Paul Ricard. Celem było sprawdzenie, czy Polak jest w stanie jeździć bolidem na poziomie sprzed wypadku. Odpowiedź była pozytywna. Po Grand Prix Węgier Polak testował bieżący bolid Renault na Hungaroringu. Miał zająć miejsce Jolyona Palmera w Renault, ale w związku ze skomplikowaną umową silnikową, to miejsce przypadło Carlosowi Sainzowi. Potem Kubica rozpoczął testy z Williamsem. Najpierw jeździł w symulatorze, a potem sprawdzał się w bolidzie z sezonu 2014 na Silverstone i Hungaroringu.

Angaż Polaka był właściwie pewny, kiedy przyszedł Siergiej Sirotkin oferujący gigantyczny budżet i Paddy Lowe wybrał jego. Wbrew powszechnej opinii, nie odpowiadała za to Claire Williams, bowiem była wtedy w ciąży i oddała władzę Brytyjczykowi. Kubica został natomiast kierowcą rozwojowym i rezerwowym ekipy.

Claire szybko pożałowała zatrudnienia Rosjanina, a Robert jej imponował tym, że został z teamem i tak bardzo pomagał w symulatorze i podczas testów oraz treningów. Brał udział w zimowych sesjach, a także zaplanowano jazdę w trzech piątkowych treningach. Jednak starano się zrobić to tak, by Kubica pomógł, ale by nie pokazać, że jest szybszy od Sirotkina i Lance’a Strolla. Potem jednak przyszły testy po GP Węgier, gdzie Polak pokazał, że jeździ w innej lidze niż jego młodzi koledzy. Niedawno inżynierowie Williamsa przyznali, że w symulatorze Robert był dużo szybszy od Rosjanina i Kanadyjczyka.

Williams jako pierwszego kierowcę na sezon 2019 ogłosił George’a Russella, wiedząc, że Stroll odejdzie do Force India. O drugie miejsce walczył Sirotkin, który znów zaproponował duży budżet, ale wybrano Roberta, który co prawda wnosi budżet od Orlenu, ale mniejszy niż Siergiej. Zdecydowano się postawić przede wszystkim na jego bardzo wysokie umiejętności. W przeddzień oficjalnego komunikatu, Mark Hughes podał informację, że podczas jazdy w symulatorze Red Bulla miał tempo podobne do tego, jakim dysponują Daniel Ricciardo i Max Verstappen.

22 listopada Claire na konferencji prasowej oficjalnie potwierdziła, że Robert Kubica będzie jeździł dla ekipy w sezonie 2019. Polaka zobaczymy jeszcze w tym roku, bowiem we wtorek popołudniu i w środę rano będzie brał udział w testach opon Pirelli. W takim razie czekamy na jazdy i na kolejny sezon Formuły 1.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *