Podsumowanie sezonu F1: Ferrari

Autor: | 13 grudnia 2016

Scuderia Ferrari to jedno z większych, jeśli nie największe rozczarowanie 2016 roku. Włoski team miał bić się z Mercedesem i włączyć się do walki o mistrzostwo. Nie spełnił jednak oczekiwań swoich fanów i nie odniósł ani jednego zwycięstwa.

Liczby

Najlepszy wynik w kwalifikacjach: 2. miejsce (Vettel)

Wygrane wyścigi: 0

Najlepszy wynik w wyścigu: 2. miejsce (Vettel 3 razy – Raikkonen 2 razy)

Na podium: 11 razy (Vettel 7 – Raikkonen 4)

Punkty: 398 (Vettel 212 – Raikkonen 186)

Klasyfikacja konstruktorów: 3. miejsce

Pozycja w klasyfikacji kierowców: Vettel 4 – Raikkonen 6

Fot. Scuderia Ferrari

Oczekiwania

Ekipa z Maranello miała być głównym rywalem Mercedesa. Srebrne Strzały były faworytem, jednak spodziewano się, że Scuderia znów wykona spory postęp i będzie w stanie wygrywać wyścigi, nie mówiąc już o regularnych wizytach na podium.

Rzeczywistość

Już od pierwszego weekendu w Australii Ferrari miało pod górkę. Start do wyścigu w Melbourne był co prawda optymistyczny, ponieważ wygrały go dwa czerwone samochody. Zwycięstwo oddaliło się, gdy zespół obrał błędną strategię. Dodatkowo, awarii uległ bolid Raikkonena. Nie był to wymarzony początek sezonu. Nie lepiej było w Bahrajnie, gdzie na okrążeniu formującym zepsuła się maszyna Vettela. W obu tamtych wyścigach kierowca, który pozostał na torze, dojechał do mety w pierwszej trójce.

Gdy ekipie przestały dokuczać awarie, Kimi i Sebastian zderzyli się w Chinach. I nie był to jedyny raz w 2016 roku. Znów jednak udało się skończyć na podium. W Rosji sytuacja wyglądała podobnie, lecz tym razem kierowcę Ferrari wyeliminował Daniil Kvyat. W Hiszpanii Vettel i Raikkonen jedyny raz w minionym sezonie stanęli razem na podium. Zawdzięczali to pechowi Ricciardo, który przebił oponę, ale również kolizji Mercedesów.

Do GP Austrii włącznie przynajmniej jeden z zawodników włoskiej stajni stawał na podium w każdej, z wyjątkiem GP Monako, rundzie. Zwyżkę formy miał wtedy czterokrotny mistrz świata, który w Baku i w Montrealu był drugi. W Kanadzie udało mu się wygrać start, lecz strategia Ferrari znów przekreśliła szanse na zwycięstwo. W tamtym czasie Scuderia dwukrotnie nie dojechała do mety w pełnym składzie.

Do pewnego momentu mówiło się, że team ciągle ma jakieś problemy i nie może przejechać weekendu wyścigowego bez jakichkolwiek komplikacji. Nie było to błędne twierdzenie, jednak w pewnym momencie auto SF16-H zaczęło wyraźnie odstawać od konkurencji. Skutkiem tego była gorsza dyspozycja. Red Bull przeskoczył Ferrari i sporadycznie dawał się pokonać. Od wyścigu w Austrii do końca sezonu rozegrano 12 rund, w których Niemiec tylko dwukrotnie znalazł się na podium, a jego team partner z Finlandii nie zrobił tego ani razu.

Fot. Scuderia Ferrari

Nagle świat Formuły 1 zaczął mówić o kryzysie w ekipie. Przestano zasłaniać się problemami technicznymi. Stajnia z Maranello bardzo przeciętnie rozwijała swój samochód. Bezwzględnie pokazują to wyniki na przestrzeni całego sezonu i przeskok, który wykonał Red Bull (kosztem Ferrari). Największe zarzuty dotyczyły rozwoju aerodynamiki. Włoska prasa, ale także brytyjska czy niemiecka, zaczęły obwiniać poszczególnych członków zespołu za kryzys. Dostało się Sergio Marchionne, Maurizio Arrivabene czy Sebastianowi Vettelowi.

Mimo ewidentnie gorszej dyspozycji, na Monzy Scuderia mogła zapomnieć o kłopotach chociaż na chwilę, gdy tłum niezmiernie radował się z podium czterokrotnego mistrza świata. Kimi i Sebastian trafiali na pierwsze strony gazet jako bohaterowie sporów między kierowcami, stłuczek czy komunikatów radiowych. Ani razu jako zwycięzcy wyścigu.Szefostwo zespołu ciągle utrzymywało, że chce zdobyć wicemistrzostwo i prężnie rozwija swój bolid. Dopiero pod koniec roku można było dać temu wiarę. Strategia w Meksyku i Abu Zabi przestała być bolączką i umożliwiła Niemcowi zbliżenie się do czołówki. Było to jednak zbyt mało, by odebrać Red Bullowi drugie miejsce w klasyfikacji konstruktorów.

To był bardzo nieszczęśliwy i trudny sezon dla Ferrari. Oczekiwania były ogromne, lecz konfrontacja ich z rzeczywistością wypadła blado. Zespół ewidentnie nie poradził sobie. Na dodatek, musiał zmagać się z nieoczekiwanymi i częstymi awariami. Samochód SF16-H nie był niezawodny. Często także zaliczał bliskie spotkania z innymi maszynami, często zdecydowanie zbyt bliskie. Auto dysponowało dobrą jednostką napędową, lecz brakowało mu docisku. Jego rozwój również nie może zostać uznany za dobry.

Gdy wszystko szło dobrze, losowe zdarzenia potrafiły zaprzepaścić szanse (jak wybuch opony w Austrii w bolidzie Vettela). Scuderii wyraźnie brakowało tempa w kwalifikacjach i wyścigach. Ani razu nie udało się wystartować z pierwszej linii. W Soczi Niemcowi co prawda udało się wywalczyć drugie pole startowe, lecz wtedy też czekało go przesunięcie za wymianę skrzyni biegów. Ciężko tu mówić o szczęściu.

Gdyby kibicom stajni z Maranello ktoś powiedział przed sezonem, że na następne zwycięstwo zawodnika w czerwonym bolidzie będziemy musieli poczekać przynajmniej do 2017 roku, z pewnością uznaliby to za żart. Cóż, gdyby ktoś tym samym fanom powiedział w 2007 roku, że na kolejne mistrzostwo kierowców będą musieli poczekać przynajmniej do 2017 roku, nikt by nie uwierzył. A jednak to wszystko to prawda. Ferrari od lat nie potrafi wywalczyć tytułu. Oczekiwania kibiców są zawsze bardzo duże, co przy takim budżecie nikogo nie dziwi.

Chyba jedynym plusem tak przeciętnego sezonu jest mniejsza niż rok temu presja. Teraz nikt nie liczy na fajerwerki i odebranie tytułu Mercedesowi. Z tym ma się zmierzyć Red Bull. Włoski zespół ma warunki, by stworzyć konkurencyjny samochód. W jego barwach znów ścigać się będą Kimi Raikkonen i Sebastian Vettel. Obu triumfatorów mistrzostw świata nie trzeba nikomu przedstawiać. Zmiany w Formule 1 zawsze dają nadzieje na lepsze jutro. Kwestia tego, czy pod hasłem „lepsze jutro” kryje się powrót do formy z 2015 roku czy też mistrzostwo. Różnica jest przecież ogromna. Czas pokaże, jak nowe przepisy wpłyną na formę Scuderii.

gp-usa-2016-kimi-raikkonen-ferrari