Ale Meksyk!

Autor: | 2 listopada 2015

Fot. Force India / FB

Fot. Force India / FB

n

Dla takich kibiców warto jeździć w Formule 1! Sergio Perez był w ten weekend meksykańskim Robertem Kubicą – świetnym kierowcą w średnim samochodzie, wspieranym przez głośny tłum fanów. Podczas tego Grand Prix każdy kierowca mógł jednak poczuć się wyjątkowo.

n

Precz z regułami!

n

Przyznam szczerze, że pomysł przeprowadzenia dekoracji na podium z dala od pit lane był trafiony. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat mogliśmy poczuć zupełnie inną atmosferę tego wydarzenia – kierowcy ustawili swoje samochody z dala od barierek, fotoreporterów, a nawet własnej ekipy. Mieli przed sobą tylko ogromną, staromodną trybunę zapełnioną po brzegi.

n

Tak się złożyło, że zwycięzcą tego Grand Prix został Nico Rosberg i to jego imię było skandowane przez tłum. Niemiec od teraz może pochwalić się osiągnięciem, którego nie ma żaden z obecnych zawodników w stawce.

n

A niewiele brakowało, by reprezentant Mercedesa znów stanął na podium z grymasem niezadowolenia na twarzy. Hamilton musiał otrzymać bardzo wyraźną, wręcz groźnie brzmiącą komendę, aby postąpić jak team-partner i zjechać po nowy komplet opon. I wcale mu się nie dziwię, bo Lewis to mądry facet, który szuka okazji do triumfu, a niespodziewany zjazd Rosberga taką okazją był. Lepiej byłoby dla kibiców, gdyby Brytyjczyk postąpił tak, jak sam tego chciał.

n

Tym bardziej, że niedługo później na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa. Gdyby Hamilton był wtedy na czele, goniony przez Rosberga, zmieniłby opony na miękkie. Czyż nie czekałaby nas interesująca batalia o zwycięstwo? Takowa niestety nie miała miejsca, bo Lewis na pośrednich Pirelli nie był w stanie dogonić lidera wyścigu – gdy tylko zbliżał się na prawie sekundę, gdzieś popełniał błąd kosztujący go ponad 0,7 sekundy. A może to jednak Nico nauczył się kontrolować prowadzenie tak, jak jego kolega zespołowy?

n

Wracają z niczym

n

Podczas gdy nawet fatalnie spisujący się w sobotę i w pierwszej fazie wyścigu Lotus zdołał wywalczyć w Meksyku jeden punkt, Ferrari zaliczyło najgorszy występ od niemal dziesięciu lat. Prawie tyle czasu minęło od ostatniego Grand Prix, w którym żaden z kierowców Scuderii nie zjawił się na mecie.

n

Problemy prześladowały „czerwonych” od początku – najpierw Raikkonen nie mógł walczyć w kwalifikacjach po awarii hamulców, później zaliczył kolejną kraksę ze swoim rodakiem, Valtterim Bottasem. Po ostatniej Kimi uważał siebie za niewinnego, więc nie może się dziwić, że sędziowie tak właśnie potraktowali kierowcę Williamsa, który nagrzeszył w Meksyku znacznie mniej, niż Ice-Man w Soczi.

n

Swoich szans na podium, może nawet zwycięstwo szukał Sebastian Vettel. Po starcie z trzeciego pola zaliczył jednak przygodę, po której wiadome było, że z Mercedesami w tę niedzielę nie powalczy. Po zmianie kół Niemiec zaczął odrabiać straty i wtem… poślizg! Błąd czterokrotnego mistrza świata! Wydawało się, że bolid zaczyna sprawiać problemy w jeździe i Vettel już niedługo zrezygnuje z dalszej walki. Ten jednak jechał dalej, by kilkadziesiąt minut później rozbić swój pojazd o bariery. Seba nie winił samochodu, ale trudno podejrzewać, aby była to w 100% jego zasługa.

n

Checo! Checo!

n

Runda w Meksyku sprawiła, że zacząłem rozmyślać o Sergio Perezie. Zawsze go lubiłem i chwaliłem – na początku jego kariery w F1 ciężko było mu pozbyć się opinii, że jest tylko pay-driverem. I choć potrafił ogrywać Massę i Alonso za kierownicą Saubera, jego przejście do McLarena zostało okrzyknięte aktem desperacji w wykonaniu ekipy z Woking. Zdaniem wielu zespół potrzebował pieniędzy. Dla mnie była to oczywiście bzdura – McLaren po prostu dostrzegł w nim talent.

n

I tutaj niestety Checo oblał egzamin na zawodowego kierowcę wyścigowego. Wprawdzie walczył z Jensonem Buttonem jak równy z równym, ale za bardzo chciał – był agresywny, nierozsądny, co pokazało, że póki co nie zasługuje na miejsce w dobrym zespole, w konkurencyjnym samochodzie. Trudno się jednak dziwić, że Sergio tak bardzo chciał być numerem jeden w McLarenie – na horyzoncie pojawił się już Kevin Magnussen, a dla Pereza stało się jasne, że rywalizacja z Buttonem to ostateczny test jego umiejętności.

n

Dzisiaj Checo to już znacznie bardziej doświadczony kierowca i… osobiście przymierzałbym go do Ferrari na sezon 2017. Myślę, że drugą szansę w szanowanym teamie wykorzystałby lepiej i życzę mu wszystkiego dobrego w kolejnych latach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *